W końcu nadeszła noc. Powoli wychodząc spod koca rozejrzałam się wokół, szukając latarki. Na pewno się przyda, chociażby dla tego, że mam zamiar całą noc spędzić poza domem. Podeszłam do starej, zepsutej szafy, którą nie wiem już skąd mam i wyciągnęłam ubrania. Szybko się przebrałam i kiedy miałam już wyjść przypomniałam sobie, że warto by zabrać ze sobą kota. Tak, kota. Mój podopieczny wyszkolony był tego, że zajmuje ofiarę swoją obecnością, przez co ułatwia mi atak. No cóż, prawie skończyły mi się pieniądze, ale nie mam też zamiaru w jakikolwiek sposób zabijać. Tym razem będzie to zwykła kradzież. Po kilkuminutowym zawieszeniu się w końcu postanowiłam wyjść. Nocą bardzo trudno jest znaleźć jakiegokolwiek człowieka. Zazwyczaj zanim kogoś znajdę mija nawet kilka godzin. Tym razem miałam szczęście.
Trochę więcej niż pół godziny później usłyszałam kroki w jednym z pobliskich parków. Na szczęście nie było jeszcze tak ciemno, że nie nic nie widziałam. Lata, które spędziłam praktycznie w mroku przyzwyczaiły mój wzrok do ciemności, a więc poruszanie się w nocy nie sprawiało mi prawie żadnego problemu. Zaczęłam iść w stronę z której słychać było szelest stawianych na piachu kroków. Włożyłam rękę do kieszeni po czym zorientowałam się, że nic że sobą nie wzięłam. No cóż, bywa. Stwierdziłam, że zanim pójdę do domu mogłabym ta istotę troszkę pośledzić. Podeszłam trochę bliżej, jednak nadal nie wychodziłam z ukrycia. Po jakimś czasie zauważyłam ciemnowłosą postać, najprawdopodobniej facet. Teraz właśnie sobie przypomniałam, że wzięłam ze sobą kota. Przystanęłam i rozejrzałam się wokoło. Nigdzie go nie widziałam, jednak nie będę się tym teraz przejmować. Jak zgłodnieje, to wróci. Powracając do mojego zajęcia musiałam trochę przyśpieszyć, ponieważ chłopak, którego śledziłam dla zabawy cały czas szedł. Wydaje mi się, że nie robi nic innego oprócz stawiania kroków na przód. Nic nie mówił, nie odkręcał się, ani praktycznie nie poruszał (pomijając to, że szedł). Wydawał się podejrzany... tak samo jak to, że jeszcze ani razu nie zdradziłam swojej obecności. Zrobiło się już całkowicie ciemno. Jedyne światło, które zresztą nie docierało wszędzie, to światło latarni ulicznych. Zaczęłam zastanawiać się nad sensem tego, co robię. Nagle usłyszałam szelest. Tak, szelest i odgłos łamiącego się patyka. Pod moimi stopami. W końcu się wydało.
Nieznajomy rozejrzał się, a ja próbowałam się cofnąć, przez co znów zaszeleściłam. *ChoIera...* szepnęłam do siebie, po czym ogarnęłam, że nade mną jest drzewo. Szybko podciągnęłam się na gałęzi i ukryłam między liśćmi, jeszcze tylko ukryć włosy. Istotka w końcu znalazła to, czego niedawno zaczęła szukać, mianowicie latarkę. Po chwili stało się jasno. Powoli oświetlając pewne partie pasma krzaków otaczających ścieżkę poszukiwał źródła hałasu. Cały czas pomijał drzewo, na którym siedziałam, jednak moje szczęście nie trwało zbyt długo. Światło dotarło w końcu i tam, gdzie przebywałam.
- Kto tam? - w jego głosie było słychać lekkie zażenowanie.
- No cóż, wydało się... - powiedziałam zeskakując z gałęzi.
<Toxica? Sorry, takie gunwo mi wyszło xddd>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz