Nieco podenerwowany czekałem na przyjazd autobusu. Nie żeby mi się jakoś szczególnie śpieszyło. W sumie to i tak powinienem być tam na miejscu jakieś piętnaście minut temu. No nic, przynajmniej wiem jak czuje się kierowca - w końcu też się spóźnia. Inni ludzie jednak niezbyt potrafili to zrozumieć. Jestem pewien, że oni również wiele razy nie zdążyli na czas. Już zdenerwowani zaczęli szukać zaczepki. Banda debili, westchnąłem i oparłem się o szklaną ściankę przystanku. Poprawiłem szalik i rozejrzałem się. Słońce powoli zachodzi... Jak ten czas niemiłosiernie ucieka. W końcu było widać i słychać nadjeżdżający autobus. Kiedy tylko przystanął, ruszyłem do wejścia. Poczekałem chwilę i powoli wszedłem do środka, ku mojemu zaskoczeniu, zastałem tam dwóch panów, z którymi miałem się spotkać. Ja nie przyjechałem do nich, a więc oni postanowili się "pofatygować" do mnie. Miłe z ich strony, ale jak to teraz załatwimy? Wsiądziemy na pierwszym lepszym przystanku? Nie no, mogę im zapłacić teraz. Dobrze, że są tacy łaskawi i biorą ode mnie ileś na dany miesiąc, a nie wszystko co mam to oddać. Chociaż tylko oni, są jeszcze inni... Myliłem się, dopiero po dłuższej chwili wysiedliśmy z pojazdu. Troszku oddaliliśmy się od zatłoczonych miejsc. Z kieszeni wyciągnąłem kopertę. Nie zaklejona, troszku grubiutka. Przekazałem jednemu, a on szybko przeliczył jej zawartość. Uśmiechnąłem się, a on przytaknął głową na znak, że kwota się zgadza. Tak jak się pojawili... Tak nie znikli. Powolnym krokiem, ruszyli dalej. Ja musiałem pójść w przeciwną stronę. Trzeba będzie uważać. Chyba nie lubię tego miejsca. Jestem ciekaw jak wygląda człowiek, który zdecydował się zarządzać tym miastem. Zawiało chłodniejszym wiatrem, poprawiłem włosy i po chwili znalazłem się w dosyć ciekawym miejscu - w parku. Na całe szczęście zdążyłem wcześniej nakarmić szynszylę, teraz mogę powłóczyć się po mieście szukając czegoś czym mógłbym się zająć. Przez najbliższe dni nie mam nic do roboty, trochu będzie mi się nudzić. Zrobiło się już nieco ciemniej. Ludzie pochowali się w swoich mieszkankach. Trochę to przerażające, ale cóż... Przyzwyczaiłem się do tego. Przemierzałem sobie park rozmyślając nad tym co by mogło się zdarzyć. Za niedługo trzeba wykombinować trochę pieniędzy, bo źle się to dla mnie skończy. W tymże momencie poczułem się obserwowany. Czyli ktoś jednak wyszedł? Co robić? Co robić? Nie mam ochoty na pogadanki o tej porze, w szczególności w takich okolicznościach. Poza tym ten ktoś nie wychodzi, a więc nie jest w stanie mi jakoś zagrozić. Pewnie dlatego też kryje się po krzakach, drzewach czy czymś tam jeszcze. Dobrze, a więc zignorujmy fakt bycia śledzonym. Nagle usłyszałem szelest, odgłos łamania patyka i raz jeszcze szelest. Zaciekawiło mnie jak wygląda ta osóbka. Bez dłuższego zastanowienia, ruszyłem w stronę odgłosu. Znalazłem, huh? Latarka? "Odpaliłem" urządzenie i rozejrzałem się dookoła. Następnie oświetliłem drzewo, a na drzewie znajdowała się urocza istotka. Zeskoczyła z gałęzi i stanęła przede mną. Wyprostowała się i otrzepała swoją sukienkę. Wyglądała na bardzo młodą, zdziwiło mnie, że sama włóczy się po zmroku. Rodzice alkoholicy, nieodpowiedzialni, a może ich nie ma? W takim bądź innym razie: "Co sobie wyobraża jej opiekun prawny?". Przez chwilę staliśmy tak w ciszy. Zdecydowałem się oddać latarkę i zapytać o to co miała na myśli mówiąc "wydało się". Dziewczyna zaczęła się tylko śmiać. Co z tego mogę wywnioskować? Prawdopodobnie należy do trudnej młodzieży, która jak tylko może to się wymyka. Bezsensu. Tak czy siak powinna zostać w domu. Białowłosej cichutko zaburczało w brzuszku. Natychmiast objęła się rękoma i starała się ukryć ten fakt. Westchnąłem i podrapałem się po głowie. Machnąłem do niej ręką i zaproponowałem coś do zjedzenia, w miarę smacznego. Dziewczyna cały czas odmawiała, nie chciała ze mną iść... Prawie bym zapomniał, przydałoby się poznać jej imię - Aki. Cóż... Przynajmniej wiem jak się do niej zwracać. Uparta dziewucha. Skoro jest głodna, a szła za mną... To nie ma niczego co by mogła przekąsić, Wyglądała bardzo młodo, więc by mi się jeszcze oberwało, że nie pomagam "zagubionym nastolatkom". Złapałem Aki za nadgarstek i pociągnąłem za sobą, ta się tylko wierciła i zatrzymywała nogami. Nie odbyło się bez wyzwisk. Świetnie, chcesz nakarmić biedaczkę, a ona tak się odpłaca. Spokojnie... To prawie niedaleko. Dam radę, a jak nie dam... Nie no, mi się uda. Po tych męczarniach, dotarliśmy do mojego małego mieszkanka. Dziewczyna zaklęła coś pod nosem i niechętnie weszła do środka. Wskazałem miejsce w salonie, gdzie mogłaby sobie usiąść. Sam ruszyłem do kuchni i podgrzałem zupkę... Zupkę. Nie trzeba było długo czekać, cieplutką zaniosłem Aki. Podszedłem do klatki z szynszylą, wyciągnąłem ją na rączki.
- Nie powinnaś się włóczyć sama po zmroku - odezwałem się.
Aki?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz