-Brać go! Ruszać się lenie, bo wam pensję obetnę! - darł się na całą ulicę bardzo dobrze mi znany pułkownik Mustang. Gonił swoich podwładnych, aby ganiali za mną... oczywiście jak zwykle bezskutecznie. Obróciłem leniwie głowę za siebie i westchnąłem ciężko:
-Zapowiada się ciężka rozgrzewka. - mruknąłem i odwróciłem się za siebie. Wyglądałem bardzo lekceważąco, bo jak pan Mustang mnie zobaczył to aż mu żyłka zadrżała, więc... taki wyciągnąłem wniosek.
-Ej, Mustang! Uważaj, żeby czasem ci ta żyłka na czole nie pękła. Zresztą... - machnąłem ręką -... tobie zawsze wszystko pęka... ekhem. - odchrząknąłem śmiejąc się – Ile to już musisz płacisz na wszystkie alimenty? - spytałem unosząc jedną brew.
-Ty, Stalowy... jak ja cię zaraz pierdolnę w pałę to ci się odechce głupich żartów! - wrzasnął wściekle ledwo trzymając swojego emocje na wodzy. Wybuchłem gromkim śmiechem widząc jak pracownicy Mustanga uśmiechają się pod nosami dezaprobując żywiołowość swojego przełożonego.
-Już umieram ze strachu ty pogromco kobiecych... tyłków. - zachichotałem – Playboy zasrany... - szepnąłem bardziej do siebie niż do kogokolwiek z otoczenia. Pułkownik zaciskał pięści z wściekłości do tego stopnia, że aż całe kostki mu zbielały.
-Na co jeszcze czekacie?! Do boju! - warknął wyrywając będący pod ręką znak drogowy. Zaszarżował w moją stronę wrzeszcząc coś w rodzaju okrzyku bojowego. Czekałem do ostatniej chwili i niczym torreador obróciłem się o 180 stopni bez większego wysiłku. Oczywiście pułkownik z powodu swojej głupoty i wściekłości poniekąd, wywalił się na bruk. Wolałem oddalić się na dalszą odległość, a tą odpowiednią okazał się dach pobliskiej kamienicy. Bez większych alchemicznych sztuczek udało mi się tam dostać. Oddane sługusy Mustanga pomagały mu się nieco ogarnąć, ale jego wściekłość była zwykle długotrwała i bardzo uciążliwa. Tym razem nie było inaczej. Nawet nie zdążyłem się zorientować kiedy znalazł się na dachu. Tak się zaczęła zwykła, poranna gonitwa... nie pierwsza i nie ostatnia zresztą. Postanowiłem pozbyć się go w miejscach gdzie jego dostęp do mnie byłby ograniczony. Takim miejscem były pułki ścian niektórych budynków. Były to cienkie, nie przekraczające metra wypustki, po których trudno było się poruszać, ale mi nie sprawiały one trudności dzięki mojej wyćwiczonej zwinności i szczupłej figurze. Niestety... jedyna jaką miałem najbliżej była dosyć wysoko i prowadziła do niej nieco zardzewiała rura. Bez większego namysłu wskoczyłem na nią i zacząłem się po niej wspinać co na moje nieszczęście nie było dobrym pomysłem. Kiedy byłem już przy samej półce owa rura, a raczej jej część, po której się wspinałem, wypadła z zawiasów śrub.
jednak dopiero zacząć. Leżąc tak na plecach zauważyłem Mustanga, który z szyderczym uśmiechem patrzył na mnie z góry dzierżąc w ręce już nieco pokrzywiony znak.
-Role się odwróciły co, Stalowy? - uniósł lekko brew na co ja tylko promiennie się uśmiechnąłem.
-Chyba śnisz, kochasiu. - puściłem mu buziaka w powietrzu i zerwałem się na równe nogi zmierzając do krawędzi dachu. Rozpędziłem się przygotowując do skoku na sąsiednią platformę. Zanim jednak zdążyłem się wybić, Mustangowi udało się osłabić siłę mojego skoku zahaczając czubkiem rury o moją stopę.
-Kurwa... - zakląłem pod nosem wiedząc, że nie wyląduję bezpiecznie po drugiej stronie. Tak też się stało... zawisłem na krawędzi dachu i sam się zastanawiałem jakim cudem. Wiedziałem jednak, że długo taki stan się nie utrzyma. Palce zaczęły coraz bardziej zsuwać się z krawędzi, a ramiona już powoli zaczynały boleć... szczególnie nadwyrężona proteza, która zaczęła naciągać mi skórę na prawym barku. Syknąłem starając się odbić nogą od ściany... na marne. To było tak cholernie wysoko... gdybym spadł to na stówę bym się zabił. Nagle ktoś złapał mnie za przedramiona i wciągnął na dach. Był to ktoś wyższy ode mnie i raczej był to mężczyzna. Nie miałem jednak czasu by mu się przyglądać, ponieważ na dachu, z którego skakałem już stał pułkownik i jego ekipa celując w naszą dwójkę z pistoletów. Uśmiechnąłem się chytrze:
-Oj, Mustang. Tyle razy ci mówiłem, że alchemia czyni cuda, a ty dalej myślisz, że zrobisz mi krzywdę takim badziewiem! - krzyknąłem i zanim zdążyli wystrzelić z pistoletów ja zdążyłem przyłożyć rękę do podłoża, z którego wystrzeliła kamienna ściana, chroniąca nas przed stertą pocisków.
( Masaru? )
Heh, Roy taki wściekły :3
OdpowiedzUsuń