niedziela, 27 września 2015

Od Riki

Siedziałam nad projektem już kolejną godzinę przygryzając nerwowo ołówek. Z każdym kolejnym szkicem byłam coraz bardziej nie zadowolona z owej broni. A to ma za małe miejsce na baterie, a to za blisko osadzone stałe elektrody, a kolejnym razem złe parametry. Już po raz piąty próbowałam odtworzyć swoją myśl i przelać ją na papier.
- Ech – westchnęłam i zgniotłam kolejny szkic po czym rzuciłam go w stronę śmietnika.
Od paru dni czułam się jakby opuściła mnie wena do tworzenia. Miałam jednak nadzieję, że ten efekt nie pozostanie na długo. Co by się stało gdyby nagle ta wieloletnia zdolność opuściła mnie od tak? Byłabym co najmniej zdruzgotana takim obrotem spraw. Co miałabym innego robić? Nic nie dawało mi takiego szczęścia.
Skrzyżowałam ręce i położyłam głowę na biurku lekko kręcąc się na ruchomym krześle.
Na podłodze leżał Ame, który machał radośnie ogonem gdy miziałam go po brzuchu bosymi stópkami. Podkładał się pod moimi nogami za każdym razem i swoim spojrzeniem wręcz błagał mnie o głaskanie, a ja widząc to – zawsze mierzwiłam jego białą sierść.
Postanowiłam odświeżyć nieco wiedzę i gwałtownie zaskoczyłam z siedzenia. Pies aż spojrzał na mnie ze zdziwieniem i równie wielkim zaskoczeniem nagłym brakiem paluszków przeczesujących jego bujne futro. Uśmiechnęłam się do niego życzliwie i tanecznym krokiem ruszyłam ku mojej biblioteczce. Stojąc przed nią chwiałam się na piętach i szukałam wzrokiem tytułu książki, która nie zdążyła zostać przeze mnie przeczytana od deski do deski. Maszyny ówczesnej cywilizacji, biotechnologia, podstawy psychologii, procesy technologiczne, chemia... Wszystko dokładnie przerobione i co najmniej raz przejrzane.
- Chyba czas na nową książkę, prawda Ame? - uśmiechnęłam się od psiaka, który mozolnie wygrzebywał się spod biurka.
Nie myśląc długo nałożyłam na nogi moje ukochane trampki i z pełną kieszenią wyszłam tradycyjnie przez okno od mojego pokoju. Mieszkałam na parterze i zawsze wychodziłam w ten sposób, gdyż nie widziałam potrzeby przechodzić całego domu, gdy wyjście było tuż obok.
Ach, taka cudowna pogoda. Na kartkach kalendarza zawitała już jesień, jednak na dworze nie było tego zupełnie widać. Słońce grzało mi plecy gdy przechadzałam się chodnikiem w stronę centrum gildii, a ptaszki wciąż wesoło ćwierkały. Nasz dom znajdował się na uboczu miasta, był jednym z tych budynków, które powstały na samym początku. Zazwyczaj gościła tu cisza i spokój, a sąsiedzi to głównie starsze osoby zajmujące się przyziemnymi czynnościami. W końcu nie każdy brał udział w wiecznych walkach o terytorium, a Gryfy potrzebowały gniazdka na wzór normalnie funkcjonującej społeczności. Tu też były restauracje, kina, banki i wysokie drapacze chmur wypełnione po brzegi biznesmenami. Cóż, niektórzy aż przesadzali z nowymi ośrodkami, a centrum miasta można było określić jednym wielkim technologicznym przepychem. Życie w Or Marais było proste, ludzie z reguły wykształceni, mający prace, rodziny. Wszystko to było jednak iluzją do prawdziwej natury gildii. Tu ciągle toczyła się wojna. Prawda była taka, że każda osoba była monitorowana przez władze, a wszelkie problemy natychmiast niszczono w zarodku. Za grubymi murami była wroga gildia, rządna rozlewu krwi i walki. To przez nią na ulicach wciąż plątali się uzbrojeni legioniści wywołujący najczęściej strach wśród obywateli. Nie brakowało wariatów, którzy w jakiś sposób przeszli na terytorialną stronę Gryfów chcąc dokonać mordu. Wszystko ładnie zorganizowane, ludzie wyszkoleni do zabijania wroga, a reszta to ładnie funkcjonująca społeczność. Przeczucie mówiło jednak, że to tylko cisza przed burzą i, że sielankowe życie niedługo zupełnie się zmieni.
Ruszyłam do pobliskiej księgarni, która od lat dostarczała mi materiały do samodzielnej nauki. Właśnie to miejsce było największą skarbnicą wiedzy w całej gildii.
- Dzień dobry – uśmiechnęłam się życzliwie do miłej, starszej sprzedawczyni.
- Witaj Rika – uniosła kąciki ust lekko ku górze, a jej twarz nabrała większej ilości zmarszczek.
Lekko podskakując ruszyłam do regałów wypełnionych książkami.
Co jakiś czas migały mi tabliczki określające gatunki literatury, a między meblami stali pojedynczy ludzie pochłonięci czytaniem.
Niekiedy zatrzymywałam się i zerkałam na tytuły, lecz dopiero w dziale filozofii znalazłam książkę, która mi odpowiadała.
Położyłam na ladzie upolowany tom pod tytułem „Transcendencja” i zaczęłam grzebać w kieszeni w poszukiwaniu pieniędzy.
- Może chciałabyś do tego jeszcze jedną książkę? Jest w promocji – starsza kobieta uśmiechnęła się do mnie i podała mi mały zielony tomik, na którym nie zarejestrowałam tytułu.
- Co to za książka? - spytałam z ciekawością.
- „Krokodyla noga” - zaśmiała się lekko, a jej pomarszczone policzki wręcz zasłaniały jej małe oczy. - Zbiór bajek.
Bajek? Ostatnio sięgnęłam po coś takiego, gdy byłam naprawdę mała. Po co miałabym je teraz czytać?
Otworzyłam książeczkę, przejrzałam strony i przeczytałam parę pierwszych wersów.
- Ile ona kosztuje?
- Dla Ciebie będzie za darmo.
Podniosłam wzrok i wyszczerzyłam się w stronę staruszki. Jak mogłabym tego nie przyjąć? Co za miła sprzedawczyni! Może i mały gest, ale dla mnie znaczył wiele, z pewnością w przyszłości się odwdzięczę.
- Dziękuję bardzo! - wykrzyknęłam i z uśmiechem na twarzy opuściłam księgarnię.
***
Siedziałam teraz na murku maleńkiego parku na obrzeżach gildii i machałam radośnie nogami. Na kolanach miałam kubełek lodów czekoladowych, które jadłam ze smakiem. Przychodziłam tu codziennie, aby oglądać rodzinę pewnych srok mieszkających na niewielkim drzewku. Swoje obserwacje notowałam w małym, kieszonkowym wydaniu notesu.
W Or Marais żyło niewiele zwierząt, a jeśli występowały to tylko i wyłącznie w niewielkich parkach, takich jak ten.
Był on tak umiejscowiony, że ludzie chcący dotrzeć do centrum nie mogli przez niego nie przejść. W ten oto sposób przez zielony teren co chwilę ktoś przechodził. Naprawdę dziwiłam się tym wszystkim stworzeniom, że mogą mieszkać w miejscu, gdzie praktycznie ciągle panuje zamieszanie. Ale cóż, lepsze to niż gniazdo na dachu wieżowca.
- Aaa psik! - kichnął jeden z przechodniów.
- Na zdrowie! - odpowiedziałam grzecznie nie odrywając wzroku spod kartek notesu.

Przeziębiony ktośku?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz